Reklama
Reklama

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 179 gości 





Reklama
Reklama

Statystyki

Skazana na Polskę
Wpisał Klancyk69   
Poniedziałek, 21. Lipiec 2008 11:34
Stojąc w niedługiej kolejce do polskich pysznych wędlin, usłyszałem głos mojej żony: jak masz na imię? Adresatką tego pytania była mała trzy lub cztero letnia dziewczynka, która odrzekła: mama jest w pracy.

Dobrze, ale jak masz na imię? Powtórzyła pytanie moja połowica. Mamusia poszła do pracy. Odparła mała. Ja znowu wlepiam wzrok w pokaźne szynki i schaby, pamiętając, że na co dzień nie mam takich widoków. Nie zgadnie pani jak ma na imię, mówi starsza kobieta (zapewne babcia małej), no pewnie nie zgadniemy pomyślałem. A czy mogłaby pani zdradzić jej imię, zagadnęła moja żona po chwili zgadywania w myślach. Ona ma na imię Nadzieja, odparła matrona.

To jeden z cieplejszych momentów mojej ostatniej wizyty w Polsce. Wyjazd do kraju miał pomóc nam w załatwieniu i uporządkowaniu naszych spraw urzędowych – że tak powiem.

Ale od początku. Przed wyjazdem do Anglii mieliśmy w Polsce mieszkanie służbowe w szkole podstawowej. Kiedy zdecydowaliśmy się na emigrację musieliśmy oddać mieszkanie a tym samym wymeldować się z pobytu stałego z tego miejsca. Kiedy wymeldowywaliśmy się w urzędzie w Katowicach urzędniczka zapewniała mnie, że tak można i żadnych problemów nie będzie. Gdybyśmy mieli jakieś sprawy w kraju, należy udać się do urzędu w ostatnim miejscu stałego pobytu w Polsce. W naszym przypadku jest to urząd w Katowicach.

W Anglii przyszła na świat nasza ukochana Wanda. Po pierwszym szoku radości spowodowanym pojawieniem się córeczki. Zaczęliśmy myśleć z żoną o jakichś dalszych planach i m.in. o wizycie do Polski. I dopiero wtedy zaczęło do mnie docierać jak wieki problem może być z tym wyjazdem. Załatwienie paszportu dla młodej Polki wcale nie jest łatwe, rzecz by można , że staje się arcytrudne. Ambasada RP w Londynie ma różne momenty i kierunki w komunikacji z petentami, potrzebującymi pomocy. Kiedy, próbowałem zasięgnąć informacji przez telefon, nie udało mi się. Niemożliwością było dodzwonienie się do konsulatu (niemożliwe to stało się dla mnie, ponieważ mam zbyt słabe nerwy). Napisałem maila do ambasady i o dziwo odpisano mi, że należy zgłosić się osobiście: oboje rodziców i dziecko do konsulatu w Londynie. Zapewniano mnie, że kolejki zostały zniesione i wszyscy interesanci, którzy zgłoszą się danego dnia zostaną przyjęci. To mnie troszeczkę uspokoiło, choć nie bardzo rozumiałem wtedy i teraz również nie rozumiem dlaczego muszą być osobiści oboje rodziców i maleństwo? Działo się to przy końcu 2007 roku, pomyśleliśmy więc, że udamy się tam na początku lutego. Kiedy ponownie w styczniu 2008 odwiedziłem stronę Ambasady RP okazało się, że są zapisy na wizytę i kolejka ustawiona na pięć miesięcy do przodu. Poczuliśmy z żoną beznadzieję i bezsilność, bo cóż robić, chcielibyśmy odwiedzić Polskę ale jak to zrobić?

Ratunek niespodziewanie przyszedł z Kościoła. W Middlesbrough raz w miesiącu jest polska msza i ksiądz podczas ogłoszeń parafialnych rzekł, iż wybiera się do Newcastle konsul i można m.in. załatwić paszport dla dziecka. Udało się złożyliśmy wniosek i tylko 9 tygodni oczekiwań (3 tyg. poślizgu) i mieliśmy paszport dla naszej malutkiej. Kiedy miałem go w ręku, pomyślałem sobie, no koniec problemów z tymi rzeczami. Pojedziemy do Polski załatwimy paszport na 5 lat. Zresztą konsul też mówił, że mimo iż nie mamy zameldowania w Polsce, możemy wszystko załatwiać w urzędzie ostatniego miejsca zameldowania.

Ja więc spokojny udałem się do urzędu w Katowicach i powiedziałem pani w okienku, że chciałbym załatwić PESEL dla dziecka. Kiedy w dalszej dyskusji powiedziałem, że Wanda urodziła się w Anglii, i że nie mamy w Polsce zameldowania, pani odrzekła, że absolutnie nie mam prawa w Polsce nic załatwiać, że wszystko za pośrednictwem ambasady RP. Na nic zdały się moje słowa, ze otrzymałem od polskich urzędników inne informacje. Poprosiłem więc urzędniczkę o pisemne zaświadczenie o niemożliwości załatwienia sprawy. W sukurs przyszła jej sąsiadka z okienka obok i powiedziała, że mogę sobie zadzwonić do ministerstwa i tam mi powiedzą to samo. Rzuciła na ladę kartkę z nr tel. do ministerstwa. Na nic zdała się dalsza rozmowa, na bezdechu i ze spuszczoną głową opuściłem urząd w Katowicach, myśląc co dalej?

Szkoda, że w Anglii nie ma tak jak w Niemczech czy USA, tam wszyscy, którzy rodzą się otrzymują obywatelstwo tego kraju. Ileż mniej pracy mieli by polscy urzędnicy i o ileż zdrowsi byli by polscy rodzice przebywający w Anglii.
Nie chciałbym tu stawiać pytania: rodzić czy nie rodzić dzieci, bo to pytanie wydaje się być pytaniem retorycznym. Mamy przecież moralny obowiązek „przekazać” życie „dalej”. Przyszłych rodziców – którzy są na emigracji – zachęcałbym do zapoznania się z aktualnymi przepisami i zastanowieniem się gdzie urodzić, aby móc cieszyć się potomstwem, a nie tracić energię i szarpać nerwy na różne oblicza urzędów i niekompetencję urzędników. Ja tego nie zrobiłem i teraz mam za swoje.

A swoją drogą, jako obywatel Rzeczypospolitej Polskiej, co mam myśleć o swoim kraju, gdzie mówią mi, że nic już załatwić nie mam prawa. Dlaczego urzędnicy polscy podają różne, często sprzeczne informacje, i nie ponoszą żadnych konsekwencji swoich słów? Wiele jeszcze innych pytań kołacze mi się po głowie ale ja już nie oczekuję na nie odpowiedzi…

Pozostała mi jedynie Nadzieja, że moja córka będzie miała nieco łatwiejsze życie i ojczyznę, która nie wypina się na swoich obywateli.

Klancyk69

Ps. Żona oczywiście chciałaby aby córka pozostała obywatelką Polski i aby tam wróciła i pokochała ten kraj…..